31-05-2018

Bezprawie wodne. Imperium kontratakuje!

Bezprawie wodne. Imperium kontratakuje.

18 kwietnia 2018 roku odbyła się w Giżycku konferencja prezesa Wód Polskich na temat stawek opłat, które bezprawnie próbowały one pobierać. Oprócz samego prezesa Przemysława Dacy udział w niej wziął także sławetny „właściciel wód”, Mirosław Markowski dyrektor oddziału Wód Polskich w Białymstoku oraz pani Ewa Kunda obecna dyrektor zlewni Wód Polskich w Giżycku.
Nagranie z konferencji dostępne jest pod tym linkiem:
https://www.youtube.com/watch?v=AFjfeTK0IEI

Każdy, komu na sercu leży dobro naszej Ojczyzny i obywateli Polski, musi to koniecznie obejrzeć, żeby zobaczyć sobie, w jaki sposób służba cywilna traktuje suwerena. Oraz kto żyje za nasze pieniądze.

Ponieważ to trzeba zobaczyć, nie będę opisywał całości tylko podam kilka tematów hasłowo:

– Pan Markowski nie zabierał głosu. Zadowolił się milczącym roztaczaniem swojego majestatu.
Jeśli ktoś jest chętny, garść informacji o praktycznym stosowaniu owego majestatu może uzyskać pod tym linkiem:
http://www.poranny.pl/wiadomosci/bialystok/art/5146440,jak-dwoch-markowskich-rzadzilo,id,t.html

– Prezes Przemysław Daca otwarcie ogłosił iż Wody Polskie działają według prawa, nie stanowią go, ale muszą działać zgodnie z prawem. Ale później zmienił zdanie i zapowiedział, że nie będzie stosować się do polskiego prawa, ponieważ traktuje je w kategoriach błędu pisarskiego.
Znaczy, tak traktuje te przepisy, które mu nie odpowiadają. Konkretnie zapis rozporządzenia o stawkach opłat za grunty zalane wodami, który mówi iż opłatom podlegają wyłącznie grunty znajdujące się NAD urządzeniami i budowlami wodnymi.
Bo, przecież, prawo jest równe dla wszystkich.

Naczelny Wodnik Rzeczpospolitej sugerował, iż na mazurach działa jakaś mafia zadeptująca je, która zmienia linie brzegowe, stawia nielegalne pomosty i zagradza ludziom dostęp do wód. I on z tym zrobi porządek.
Nie chcemy nawet znać niewątpliwie wysoce wyrafinowanego sposobu w jaki uzyskał tą niezwykłą wiedzę.

Dostało się też osobom, które z bezprawiem Wód Polskich, walczą. Mieliśmy do czynienia z zemstą za nasze działania.
Otóż, w dalszej części konferencji, pan Daca publicznie imputował nieczyste prawnie działanie niewinnemu człowiekowi twierdząc, iż ten w celu uniknięcia opłat za pomosty zarejestrował jako łódź wędkarską pomost, na którym, według wiedzy pana Dacy, prowadzi działalność gospodarczą i czerpie z niej zyski. Co jest kłamstwem. Jako rzekomy dowód tej „przestępczej” działalności zaprezentował zdjęcie zacumowanych do brzegu złączonych platform pływających.

Tak się zachowuje wysoko postawiony urzędnik Rzeczpospolitej Polskiej!
Prezes Wód Polskich, Przemysław Daca jest kłamcą i oszczercą!

W normalnym państwie taki człowiek nie powinien pełnić żadnej funkcji publicznej!
Piszę to tak emocjonalnie, ponieważ znam pomówioną osobę i bardzo ją cenię. Brała ona udział w pracach nad Prawem Wodnym i zamieszczenie zdjęć jej własności oraz kłamliwe oszczerstwa skierowane w jej stronę przez Przemysława Dacę, odbieramy jako atak personalny, zemstę oraz próbę zastraszenia za to, że jest ona zaangażowana w walkę o przestrzeganie prawa przez urzędników Wód Polskich.
A rejestrację tych platform jako łodzi wędkarskich zalecił ponad rok wcześniej urzędnik Urzędu Żeglugi Śródlądowej w Giżycku, jego od wielu lat wicedyrektor i prawnik, kapitan Grzegorz Pająk. Obecny nawet wówczas na sali.

Naczelny Wodnik Polski zapowiedział również kontrole brzegów i ogrodzeń oraz zrobienie porządku z nielegalnymi płotami.

Wygląda na to iż pan Daca nie zapoznał się z Prawem Wodnym, a konkretnie z art. 220, który wyraźnie określa, że do takich działań konieczne jest najpierw określenie linii brzegowej akwenów i jak to się odbywa. Według wspomnianego artykułu, linię brzegową określa minister właściwy dla gospodarki morskiej i żeglugi śródlądowej na drodze decyzji na podstawie opracowania dokonanego przez uprawnionych geodetów – kartografów.
To oznacza, że nie można pobierać żadnej opłaty za akweny do momentu aż nie zostanie przez ministra określona decyzją linia brzegowa. Bo nie wiadomo jak liczyć powierzchnie owych akwenów. Tak samo nie można nikomu nakazać rozebrania płotu przy nieruchomości gdyż nie wiadomo, czy jest on rzeczywiście bliżej niż 1,5 m od brzegu.
Więc, Naczelny Wodnik Rzeczpospolitej może się udać do premiera Morawieckiego, żeby mu po starych znajomościach z poprzedniej pracy załatwił na Wody Polskie kredyt we frankach i za to niech wodnicy polscy wynajmą sobie uprawnionych geodetów – kartografów, którzy pomierzą brzegi oraz wyrysują stosowne mapy, po czym efekty swojej pracy przedstawią ministrowi właściwemu do spraw gospodarki morskiej i żeglugi śródlądowej, a on drogą decyzji linię brzegu wyznaczy. I dopiero wówczas będzie wiadomo za co ludzie mają, ewentualnie, płacić i czy mają swoje ogrodzenia przesunąć. Bo wieloletnie manipulacje stanem wody na WJM doprowadziły do zmiany pierwotnej linii brzegowej w wielu miejscach.
O niektórych skutkach działania ludzi, którzy obecnie stanowią część kadry Wód Polskich można poczytać (i pooglądać) tutaj:
http://kursmazury.com/powodz-na-mazurach/

Prezes Daca raczył też wyrazić się, iż wprowadzenie (a właściwie likwidacja zwolnień) opłat za grunty zalane wodami to realizacja zaleceń unijnych. Problem w tym, iż wspomniane twierdzenie, delikatnie rzecz ujmując, nie do końca jest oparte na faktach. Zalecenia unijne w kwestii pobierania opłat dotyczą jedynie usług wodnych (art. 9 dyrektywy wodnej). A te wyszczególnia art. 35 ustawy Prawo Wodne i tam nic nie ma o opłatach za grunty zalane wodami.
Opłaty za grunty zalane wodami, bowiem, mają iść na opłacenie poborów urzędników Wód Polskich w ilości kilku tysięcy, którzy mają żyć z pieniędzy odebranych Polakom. Oznacza to ni mniej ni więcej, że jesteśmy zmuszani aby karmić tysiące zatrudnionych ad hoc pisiewiczów, którzy będą stanowili wieczny elektorat partii władzy.
Pan prezes mówił zresztą o tym otwarcie na swojej pierwszej konferencji prasowej, którą można obejrzeć tu:
http://kursmazury.com/konferencja-prasowa-prezesa-wod-polskich/

Bardzo nam się podoba twierdzenie Naczelnego Wodnika Polski, iż Wody Polskie się będą samofinansować. Owo samofinansowanie ma polegać, praktycznie wyłącznie na zabieraniu pieniędzy Polakom.
W taki sam sposób samofinansowała się np. „grupa wołomińska”. Tylko gentlemani z Beeftown’u byli o tyle bardziej moralni od polityków i urzędników, że nie wmawiali rabowanym kitu iż robią to dla jakiegoś rzekomego dobra wspólnego i nie wycierali sobie przy tym gęby Ojczyzną i patriotyzmem.

Powtarzane twierdzenie, iż opłaty za grunty zalane wodami wprowadzono dlatego, że do tej pory nie było pieniędzy na gospodarkę żeglugową jest również koszmarnym dowcipem. Otóż, obywatele Rzeczpospolitej Polskiej łożyli i łożą do skarbu państwa haracze zwane podatkami. I z tych podatków utrzymywana miała być również gospodarka wodna. Jak widać, wystarczało pieniążków na potrzeby polityków i urzędników, ale na inne działania już brakło. Może gdyby zamiast wydawać np. na: miesiączki, przeloty premierów CASĄ na weekend, ośmiorniczki, wycieczki zagraniczne, kilometrówki posłów bez samochodów, dotowanie przychylnych mediów i inne tego typu najważniejsze rzeczy, które finansowali z podatków na przestrzeni lat zmieniający się co 4 lata Wybrańcy Narodu, znalazłoby się trochę grosza na gospodarkę wodną?

Tak przy okazji: skoro gospodarka wodna została wyłączona z finansowania z budżetu, to o ile zmalały Wam podatki? Przecież w nich już na nią nie płacimy, więc powinniśmy płacić ich mniej, prawda?

– Dyrektor zlewni w Giżycku, pani Ewa Kunda zachęcała do osobistego odwiedzania urzędników Wód Polskich oświadczając, iż opłaty jakie mają ponosić będą ustalane indywidualnie z przedsiębiorcami . Bo każda działalność i firma jest inna, wiecie Państwo…
Czyli, prawo nie jest równe dla wszystkich i zależy od sytuacji indywidualnej oraz interpretacji urzędnika. W zaciszu gabinetu…
Pani Kunda stwierdziła, że opłaty za grunty pokryte wodami nie powinny stanowić realnego obciążenia.
Bo przecież dla nikogo nie stanowi realnego obciążenia zapłacenie kilkudziesięciu tysięcy złotych, prawda?
Na przykładzie zaprezentowanego zdjęcia mariny jachtowej, określiła stawkę za pomost i akwen wykorzystywany do działalności na 5 zł/m kw. Nie czytało się rozporządzenia, pani dyrektor? Inni urzędnicy Wód Polskich mają odmienne zdanie. Zaprezentowali je tydzień później na „szkoleniu”.
Szkoda, że pani na nim nie było.

W zeszłym roku z ramienia wojewody warmińsko-mazurskiego, pani Ewa Kunda brała udział w konsultacjach n/t ustawy Prawo Wodne i jeździła z nami do sejmu. Wiedziała, więc jakie były ustalenia.
Obecnie, już na posadzie dyrektora zlewni w Giżycku (swoją drogą, ciekawi mnie jak była prowadzona rekrutacja na takie stanowiska? Ktoś kojarzy jakieś konkursy?) prezentuje postawę, którą można zobaczyć na filmie. Jak widać, punkt widzenia zależy od punktu siedzenia. A petunia non omlet, jak mawiają podwodni górale z deszczowych lasów Antarktydy.
Dziękujemy, pani Ewo za pokazanie swojej prawdziwej twarzy. Szacunek.

 

Tematem innego artykułu, który wkrótce ukaże się na naszym blogu będzie dotychczasowe nielegalne nakładanie przez urzędników haraczy na podstawie przepisów, na które w kontekście rzekomego obniżenia opłat, powołuje się pan Daca oraz pani Kunda. Mafia wodna działa już od pewnego czasu.
Kilku przedsiębiorców z mazur wygrało w poprzednich latach z RZGW Warszawa / Giżycko procesy o nielegalnie nałożone opłaty. Przedstawimy Wam stosowny dokument, na podstawie którego osoby poszkodowane nielegalnie nałożonymi opłatami będą mogły pójść do sądu i wygrać. Powinno to zainteresować głównie gestorów portów znad Zalewu Zegrzyńskiego. Przygotowujemy też materiały dla CBA dotyczące tej afery. Wpisuje się w nią, prawdopodobnie, również remont Kanału Niegocińskiego i niedawna powódź na WJM. Mamy nieodparte wrażenie, że obecne działania niektórych „wodnych” urzędników są kontynuacją tego procederu. Odniesiemy się do tego również szerzej w artykule dotyczącym „szkolenia”, które odbyło się w Giżycku 16-go kwietnia. Chyba będzie nosił tytuł „Nalot głuptaków”.

Przypominamy aktualny stan prawny: obecnie nie ma żadnej podstawy do nałożenia opłat za grunty pod pomostami i użytkowane akweny.
Dopóki, zgodnie z art. 220 ustawy Prawo wodne nie zostanie ustalona decyzją ministra właściwego ds. gospodarki morskiej i żeglugi śródlądowej, linia brzegów akwenów, nie mogą być pobierane za nie jakiekolwiek opłaty. Ani nikt się nie może nikomu czepić płota, jak mawiają zasłużeni bimbrownicy z Puszczy Knyszyńskiej.
Dopóki nie zostanie zmieniony w rozporządzeniu rady ministrów dotyczącym stawek za dzierżawę gruntów zalanych wodami, zapis art 2 ust. 2, nie ma podstawy do pobierania opłat za grunty zalane wodami pod pomostami i akweny służące do działalności gospodarczej, gdyż rozporządzenie ani ustawa nie wymieniają w kontekście opłat innych gruntów niż znajdujące się NAD urządzeniami i budowlami wymienionymi w ust. 1.
Na mocy tego rozporządzenia Wody Polskie mogą pobierać opłatę jedynie za grunty denne, pod którymi idą instalacje wodne, ściekowe oraz energetyczne niezbędne do prowadzenia działalności gospodarczej.
Czyli: grubość rury / kabelka razy jego długość pod dnem razy stosowna stawka opłaty. I tego dokładnie dotyczą zapisy rozporządzenia. W tym kontekście nie zawiera ono żadnego błędu pisarskiego. I tego dotyczyło.

Zastanawiające jest jeszcze podkreślenie przez prelegentów, iż najniższe stawki, tj. 0,89 gr, które według ustaleń miały dotyczyć właścicieli marin i pomostów prywatnych, w nowym rozporządzeniu zostały ustalone dla żeglugi pasażerskiej, konkretnie „białej floty”. Sęk w tym, iż owa „biała flota” żadnej rzeczywistej żeglugi pasażerskiej na mazurach nie prowadzi. Mazurskie statki nie kursują na stałych liniach przewożąc pasażerów z miejsca A do miejsca B, tylko świadczą przewozy turystyczne, zupełnie tak samo jak wynajmowane żaglówki i motorówki ze sternikiem. W niektórych przypadkach zatrzymując się na godzinę lub kilka w innym mieście i stamtąd przewożą tych samych pasażerów z powrotem do miasta startu rejsu. Mamy więc do czynienia z rejsami turystyczno – rekreacyjnymi, a nie z normalną żeglugą pasażerską. Nikt tymi statkami nie podróżuje do innego miasta do pracy ani nie przewozi bagażu tylko podziwiając widoki i wdychając spaliny ze statkowego diesla, wozi się nimi w te i nazad np. wokół Wyspy kormoranów na jeziorze Dobskim. Na które statkom z napędem mechanicznym wpływać nie można, ale jeśli wykupi się stosowne zezwolenie, to już można. Oczywiście tylko, gdy ma się statek zarejestrowany jako jednostka do zarobkowego przewozu osób, gdyż jedynie w tym przypadku kormorany zgadzają się odpłatnie uchylić nieco rąbka  swojego rezerwatu.
I czego tu nie rozumiesz, czytelniku?
Mazurski, 35 metrowej długości stalowy statek turystyczny od mazurskiej, 6 metrowej, laminatowej żaglówki turystycznej różni się w tym kontekście jedynie rodzajem napędu i ilością ludzi na pokładzie.
Czyli takie statki powinny być traktowane na równi ze wspomnianymi żaglówkami. W normalnym państwie.

Zasadniczo, przy zmianie rządu nastąpiła również zmiana całościowa ekipy od Prawa wodnego. Ludzi z ministerstwa środowiska zastąpili ludzie z ministerstwa gospodarki morskiej i żeglugi śródlądowej. A wraz z nimi, po cichu zmieniły się magicznie stawki na korzystne z gruntów zalanych wodami na korzystne dla lobby „konserwianego” a najwyższymi, 10-cio krotnie wyższymi opłatami obłożono żeglarzy.
Ale to na pewno czysty przypadek.
Tak się szczęśliwie dla nas składa, że mamy we flocie statek służący do zarobkowego przewozu osób, więc się w razie czego łapiemy na najniższą stawkę 🙂
A Wy, bogacze lansujący się po jeziorach na wypasionych, prywatnych Orionach, Fokach i Bez-ach, płaćcie najwyższe haracze za swoje luksusy!

Wygląda na to, że ustawa Prawo Wodne i dotyczące jej rozporządzenia, zostały wprowadzone „na sztukę” tylko po to aby pokazać przed Brukselą, że coś jednak zostało zrobione i zainkasować pieniążki z unijnych funduszy. Teraz z tym badziewiem wszyscy mają problem, bo prawo jest zablokowane ze względu na zawarte błędy i niedopracowanie oraz samowolę interpretacyjną i niekompetencję urzędników, ale sztuka jest sztuka i na papierze przed ciocią Unią wszystko się zgadza. A że samo uchwalenie prawa nie oznacza realizacji dyrektywy unijnej? A co to kogo obchodzi? Zanim się eurokraci połapią, to minie trochę czasu, a potem się zacznie buble poprawiać. Albo i nie. Politycy mają ważniejsze sprawy na głowie – jak zapewnić sobie kasę.

Nasuwa się refleksja, że wprowadzając po cichu, „pod stołem” niezgodne z ustaleniami ze stroną społeczną, ustawę Prawo Wodne i stosowne rozporządzenie do niej, rząd Rzeczpospolitej Polskiej nie tylko oszukał obywateli Polski ale też perwersyjnie naruszył zasadę praworządności.

Machinacje polityków i urzędników dotyczące Prawa Wodnego mogą być wykorzystane przez Komisję Europejską jako najlepszy dowód na łamanie zasady praworządności w Polsce.

Oby tylko opozycja tego nie wykorzystała i Frans Timmermans się o tym nie dowiedział.
Zwłaszcza u progu wyborów samorządowych.

Mamy nadzieję, że ktoś z rządzących wreszcie pójdzie po rozum do głowy i wprowadzi w tych bublach prawnych zmiany, które dawno temu zostały im pod noski podetknięte. Wtedy zniknie niebezpieczeństwo, prawo zacznie działać, a do świnki – skarbonki Wód Polskich popłynie strumień legalnych pieniążków. I w razie jakiejś powodzi, nie będzie trzeba z racji braku środków na zakup worków i piasku, zatykać wałów przeciwpowodziowych tuszami pracowników tej nieszczęsnej, patologicznej firmy. Szczególnie niektórych.

Resztę wniosków z konferencji niech każdy wyciągnie sam po jej obejrzeniu. Koniecznym!